Jest prawie pierwsza w nocy, jak zaczynam ten wpis, ale właśnie doznałam czegoś w rodzaju objawienia i muszę to „przelać na papier” (czy może raczej powinnam napisać – „wklepać do laptopa”), zanim mi ucieknie. Macie czasem tak, że najdzie Was taka myśl, wizja, która początkowo wydaje się błaha, a wręcz śmieszna, ale gdy głębiej się nad tym zastanowicie, to dochodzicie do wniosku, że „to jest właśnie to” i że naprawdę jest w tym sens?

 

To trochę tak jak te monologi na końcówkach niektórych filmów, kiedy to narrator mówi nam, co jest według niego sensem życia i kluczem do szczęścia. Początkowo ta przemowa wydaje nam się kiczowata, lecz później, gdzieś w głębi, tak nas lekko zakłuje. Tak, że aż serce się ściśnie. Może coś w tym jednak jest? Czy tylko ja jestem taka szurnięta? Powiedzcie, że nie. 

 

Gadam jak potłuczona, ale naszło mnie na takie życiowe, filozoficzne wręcz przemyślenia.Oglądałam przed chwilą z mężem komedię romantyczną (do których mam okrutną słabość i jest mi z tym dobrze  ). Ja naprawdę wiem, że ich bohaterowie mają irracjonalne problemy, doświadczają abstrakcyjnych zdarzeń. Zdaję sobie sprawę z kiczowatości, ckliwości, przewidywalności, tandetności, oraz miliona innych „ości” tego rodzaju filmów. Ale nic na to nie  poradzę – uwielbiam je. Kocham śledzić te śmiesznie kręte ścieżki losów, głównych bohaterów, zawsze prowadzące do „i żyli długo i szczęśliwie”.

 

Wsłuchiwać się w te romantyczno-landrynkowe rozmowy, straszliwe kłótnie oraz chwile uniesień w strugach deszczu. Dziewczyny mówcie, co chcecie, ale nie wierzę, że któraś z Was chociaż raz nie chciała na chwilę być tym kopciuszkiem i nie wyobrażała sobie, jak to jest w tych strugach deszczu  Dobra, dobra, wzbraniajcie się, ja i tak wiem swoje.

 

Być może właśnie za tę absurdalność, lekkość tych filmów, tak je lubię. To taka odskocznia, odstresowywacz. Tu nie ma być ambitnego kina. Tu ma być luz, blues i serduszka.

 

Ale w sumie, to nie do końca o tym chciałam pisać. Film, owszem natchnął mnie. Chociaż, może po prostu, coś do mnie dotarło. Odkąd pamiętam, zawsze, w myślach wcielałam się w główną postać. I to było tak fajne, bo czułam wtedy, jak wiele mogę. Byłam np. uroczą, szkolną niezdarą, którą zauważa nieziemsko przystojny chłopak i się w niej zakochuje. Lub twardo stąpającą po ziemi kobietą sukcesu, przed którą świat stoi otworem. Albo seksbombą, która zdobywa serca wszystkich facetów. I tak dalej. Zapominałam o zmartwieniach, swoich „niemocach”. Byłam nią.

 

Do dziś tak często robie. I niezmiennie czuję się wtedy dobrze. Ale wiecie co? Ja nie muszę sobie wyobrażać, jak staję się tymi kobietami. Bo ja naprawdę mogę nimi być. Baaaaa… ja nawet nimi czasem jestem! Każda z nas może tak powiedzieć. To jak będziemy żyć, zależy od nas.

Czy będziemy zamykać się w naszym rozżaleniu na los, czy też sami będziemy nim kierować. Czy będziemy podążać za marzeniami, czy wmówimy sobie, że jesteśmy do tego niezdolni. Czy będziemy realizować samych siebie. Czy będziemy cieszyć się, życiem, czy będziemy doszukiwać się w nim zła i niesprawiedliwości. Czy będziemy szczęśliwi, będąc sobą, czy nie.

Wszystko to zależy naprawdę w bardzo dużej mierze od nas samych.

 

Jestem trzydziestoletnią, niepełnosprawną kobietą. Mam wiele fizycznych deficytów, które mnie ograniczają. Od lat wstydzę się swojego wyglądu, sposobu poruszania, mówienia. Boję się ludzi, często paraliżuje mnie obawa o opinię innych. Wszystko tysiąc razy analizuję. Wszystko przeżywam jak mrówka okres. Zadręczam się swoimi błędami. Staram się wszystkich zadowolić. Być idealna, aby nadrobić zachowaniem swoją niesprawność. Często pożerają mnie wyrzuty sumienia, za to, co według mnie źle zrobiłam, lub nieodpowiednio się odezwałam. Wiara w siebie okrutnie często jest chowana głęboko pod ziemią. Nierzadko, zdarza mi się skupiać na tym, czego nie jestem fizycznie w stanie zrobić.

I jestem tego świadoma.

A teraz spróbuję tak z drugiej strony.

 

Jestem trzydziestoletnią, silną, atrakcyjną kobietą. Moim mężem jest przystojny, seksowny mężczyzna. Jest inteligentnym, czułym, odpowiedzialnym człowiekiem z pasją. Kocha mnie. Uszczęśliwia mnie. Mam z nim dwójkę cudownych dzieci. Mają silne charaktery. Każde jest na swój wspaniale odmienny sposób wyjątkowe. Są na świecie dzięki mnie. Samodzielnie zajmuję się domem oraz dziećmi. Skończyłam studia licencjackie z dobrym wynikiem. Kocham pisać, jestem w tym dobra. Zrobiłam prawo jazdy. Jestem samodzielna oraz niezależna. Kilka lat temu skoczyłam ze spadochronem. Podejmuję wyzwania, mam marzenia i dążę do ich realizacji. Sprawia mi niesamowitą radość uszczęśliwianie bliskich. Zrobiłabym dla nich wszystko. Ciągle się uśmiecham, uwielbiam śmiać się jak dziecko.

Brzmi zupełnie inaczej…. – a jest nie mniej prawdziwe.

 

Wiecie jak trudno, było mi napisać ten drugi fragment? Okrutnie! Ale jakże cudowne uczucie zrodziło się w trakcie tego trudu. To jest nie do opisania!

Dlaczego tak ciężko nam jest myśleć o sobie dobrze? Patrzeć na siebie z tej dobrej strony? Przez pryzmat sukcesów, a nie porażek? Spróbujcie czasem spojrzeć na samych siebie z nieco innej perspektywy. Powiedzcie sobie coś miłego. Naprawdę warto!

 

Większość problemów, znajdujemy sobie sami. Skupiamy się na nich i zafiksowujemy. To jest prostsze. Znacznie łatwiej jest siąść i narzekać na los niż skupić się na pozytywach i postarać się by było ich jak najwięcej. Być Panem swojego losu, a nie jego niewolnikiem.

Wiem, że ta chwila objawienia nie potrwa wiecznie. Potknę się, coś mi się nie uda, dzieci doprowadzą do szału, mąż się do czegoś przyczepi. Zdołuję się. Ale takie jest życie. Ma wzloty i upadki. Czerpmy garściami z tychże wzlotów.

 

Mam ograniczenia, z których zdaję sobie sprawę. Ale nie chcę, żeby one określały mnie jako człowieka. Nie chcę czuć się przez nie „gorszym sortem”. Nie chcę wiecznie za wszystko przepraszać ani wstydzić się samej siebie. Chcę mówić to, co czuję i robić to, na co mam ochotę, bez analizowania czy innym będzie się to podobało. Nie chcę tylko i wyłącznie zadowalać innych. Chcę zadowolić siebie. Myśleć o sobie. Dostrzegać, to co mogę i walczyć o siebie. Zaakceptować swoje słabości.

 

Od lat chcę napisać książkę – i ją napiszę! Marzę o spotkaniu z Prokopem i Welmanką – i kiedyś to zrobię! Pragnę zarządzać własną firmą – dlaczego nie! Chcę żyć aktywnie – właśnie, że mogę! Chcę pić drinki z palemką na plaży pod palmą i czytać książki – to także zrobię!

Mam wiele marzeń i całe życie, aby je realizować. Wy także. Nigdy nie jest za późno. Uwierzmy w to.

 

Bądźmy bohaterami komedii romantycznej, czy filmu akcji, jak wolicie. Jesteśmy reżyserami własnego życia 

 

Zostać bohaterem komedii romantycznej

25 lipca 2020

Ostatnie posty na blogu

WITAJ U ULI WUJCIÓW

BLOG

KONTAKT

FACEBOOK

POZNAJMY SIĘ

JAK POMAGAM

MENU
Copywright 2020 | Ula Wujciów
Designed by Loobinoo

Polityka prywatności