ak to zwykle bywa – po burzy wychodzi słońce. W życiu także zwykle po burzy negatywnych emocji wychodzą promienie radości.

Ostatnie dni dały mi zdecydowanie więcej siły. Był to intensywny czas pełen radości, zaskoczeń, wrażeń i miłości  A co najważniejsze spędzony z ludźmi, których uwielbiam, ubóstwiam i w ogóle 

 

A poza tym…. przyszła wiosna!  Nie jestem miłośniczką wylegiwania się na słońcu ani gorąca, ale kocham wiosnę! Ten widok budzącej się do życia przyrody. Ten coraz cieplejszy wiatr. Tą zieleń z dnia na dzień coraz intensywną. Te rozkwitające kwiaty. Te zapachy. Ach!  (Dobra, sorry powiało ckliwością  )

 

Tak, czy owak, takie okresy dają mi niesamowity zastrzyk energii. Chłonę każdą pozytywną minutę, wciąż chcę więcej i czuję, że mogę!  Mnie naprawdę nie tak wiele do szczęścia potrzeba.

 

Miałam w zeszłym tygodniu urodziny. Fakt upływu czasu może niekoniecznie napawa mnie radością, ale od dziecka uważałam, że dzień urodzin dla każdego powinien być zawsze wyjątkowy. To jest jeden, jedyny dzień w roku, kiedy człowiek bez względu na wszystko powinien czuć się wyjątkowy, szczęśliwy, kochany. To nasz osobisty, wielki dzień. To w tym dniu x lat temu rozpoczęliśmy życie. I jakkolwiek trudne by ono nie było – jest nasze. Niepowtarzalne.

 

Więc świętujmy kochani swoje urodziny. Bo warto. Bo jest co świętować. Nieważne czy są to 5, czy 60. Każde są warte uczczenia.

Im więcej osób pamięta o moich urodzinach, im więcej osób zadzwoni, napisze, przyjdzie, tym jestem szczęśliwsza. Bo czuję wtedy, że nie jestem sama, że są ludzie, którzy cieszą się, że żyję.

 

Tak samo, staram się umilać ten dzień moim bliskim. A jestem całkiem niezła w te klocki No dobra, przyznam się – jestem fanatyczką sprawiania bliskim radości, poprzez wyszukane prezenty, oryginalne niespodzianki. Rzadko robię zwyczajne prezenty.

Uwielbiam robić dochodzenia, żeby wiedzieć, co kogoś ucieszy. To nie musi wcale kosztować miliony, czasem to może być nawet pierdółka, ale taka wyszukana. Liczy się dobry pomysł.

 

Bardzo lubię także personalizowane prezenty. To zawsze jest coś oryginalnego i fajnego. Dla przykładu kilka lat temu zamówiłam mężowi plakat, który przedstawia go jako kierowcę Formuły 1. A kiedyś stworzyłam gazetę, w której był artykuł na jego temat. Takie niby nic ale jak cieszy  Robiłam wiele tego typu prezentów dla bliskich.

 

Kocham także robić niespodzianki. Organizowałam imprezy niespodzianki, prezenty z zaskoczenia itp. Dwa razy doprowadziłam męża do łez szczęścia, a to naprawdę niezły wyczyn 

 

No ja po prostu mam fioła na punkcie robienia bliskim frajdy.  Bo to naprawdę niewiele potrzeba, by kogoś uszczęśliwić. Wystarczy odrobina wysiłku.

A zauważyłam, że w dzisiejszych czasach ludziom najczęściej brak na to czasu, siły, chęci. Wolą kupić flachę, lub dać pieniądze.( ugh, nie cierpię robić takich prezentów – robię je tylko jeśli muszę) Ja wiem, że pieniądze zawsze się przydadzą, ale nigdy nie ucieszą tak, jak świadomość, że ktoś specjalnie dla nas się postarał. A jak jeszcze trafił – to już w ogóle 

 

Kiedyś wpadłam na pomysł, żeby zrobić z tego biznes i pomagać ludziom w tworzeniu prezentu czy niespodzianki. Robić coś na zasadzie wywiadu, małego dochodzenia, rozmowie o oczekiwaniach i podsuwać gotowy pomysł lub w ogóle, organizować wszystko.

Ale biję się co jakiś czas z myślami (” a masz – bum, nie Ty masz- bach, nie bo Ty…” i tak w kółko  ) czy to ma w ogóle sens oraz, czy dam radę. Mam tak, niestety często . Marzę o tym, żeby coś robić, ale się boję. Marzę o tym, żeby wyjść do ludzi, do pracy, czy rozkręcić własny biznes, ale i w jednym temacie i w drugim – kicha.

 

Nie mogę znaleźć pracy od kilku lat, bo niestety większość pracodawców nie wyobraża sobie zatrudnić kogoś takiego jak ja. A własnej działalności wciąż się boję. Choć pomysłów na nią mam sporo. 

 

Byłam na wielu rozmowach kwalifikacyjnych. Stopień mojej niepełnosprawności wielu paraliżował. Bo, przecież najlepiej, żeby ta niepełnosprawność była tylko na papierze. Nie twierdzę, że wszyscy mają takie podejście, ale niestety wielu. Być może nie trafiłam jeszcze na odpowiednią firmę

Zboczyłam trochę z tematu, wróćmy może do urodzin.

 

Wszystkie prezenty które otrzymałam w te urodziny były cudowne, ale jeden zszokował mnie do tego stopnia, że aż się rozpłakałam. Zabrzmi to śmiesznie, ale dla mnie naprawdę było to coś niezwykle cennego.

 

Mój mąż to do bólu ambitny, odpowiedzialny człowiek. Posiada ogromne skłonności do pracoholizmu. (Wybacz, Kochanie, ale i tak wszyscy tak myślą  ) Choćby miał się skichać, żyły sobie wypruć, ducha wyzionąć i milion innych rzeczy uczynić, to nie odpuści i wykona swoją pracę, postawione sobie zadania i cele. A ponieważ, jak wspomniałam jest ambitny, to dość wysoko stawia sobie poprzeczki. Stąd czasu na odpoczynek ma niezwykle mało  Mówiąc dosadniej – haruje jak wół 

 

Dlatego tak ogromne było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że zrobił mi niespodziankę robiąc sobie dzień wolny i poświęcając go w całości mnie.

To takie niby nic, ale po tym diabelnie trudnym dla mnie okresie, taki gest był dla mnie niezwykle miły. Ja się po prostu rozpłakałam ze szczęścia. 

Od zawsze wiele dla mnie znaczyło poczucie, że ktoś robi coś specjalnie dla mnie. Poświęca dla mnie czas, zadaje sobie wysiłek, by sprawić mi radość, lub po prostu chce spędzić ze mną czas. Jak mówiłam – nie potrzebuję wiele do szczęścia.

 

Mimo wszystkiego, co mnie w życiu spotkało ze strony ludzi – uwielbiam ich. No, może niekoniecznie wszystkich :-P. Ale cieszy mnie każda chwila, w której nie jestem sama. Kiedy mogę pobyć z kimś, kogo „nie uwiera” moja niepełnosprawność. Pogadać o pierdołach, wypić kawę, pośmiać się, pójść do kina, zrobić coś nawet bardzo przyziemnego. Tak – to wszystko bardzo wiele mi daje.

 

Kolejną sferą, która daje mi ogrom frajdy są moje własne, samodzielne osiągnięcia. Mam na myśli zarówno te większego kalibru, jak i te małe. Wszystko co zrobię sama, daje mi nieziemską satysfakcję. Tym razem upiekłam tort. Piekę sporo ciast, ale jakoś do tego tortu zawsze miałam cykora. Przeważnie kupowałam, albo zlecałam wypiek komuś z rodziny. Tym razem stwierdziłam, że spróbuję. I udało się!  Był jadalny! i dokładnie taki jak chciałam. Cieszyłam się jak dziecko 

 

No i a pro po dziecięcej radości. Moje dzieci stanowią potężne źródło radości i motywacji do działania. Aczkolwiek oczywiście nie zawsze. Czasem jest to źródło zupełnie odmiennych odczuć. Ale to tylko czasem 

 

Moje starsze dziecko ma teraz dość dużą potrzebę mojej obecności. I wbrew uciążliwości tego zjawiska, niezwykle mnie to cieszy. Nie często miałam możliwość to poczuć. Mój syn, będąc małym bąblem, nie często potrzebował do szczęścia mamę. Jego cieszyło, życie samo w sobie oraz obecność kogokolwiek  Nieco później radował się na widok taty, potem wujka, babci i tak dalej  Nawet jego pierwszym słowem nie była „mama” . Mama po prostu była zawsze gdzieś tam i fajnie. Stąd moja radość, że teraz doczekałam się dłuższego okresu, kiedy jestem potrzebna przez duże P 

 

Na urodziny wymalował mi tuziny laurek z serduszkami, kwiatuszkami i własnoręcznie wypisanymi, życzeniami i cudownymi słowami. I mimo tego, że moje szafki uginają się pod stosami jego prac, jest to naprawdę słodkie! Zresztą każda mama, doskonale o tym wie 

Z kolei moja córka – słodycz sama w sobie, zaczyna mówić „mama” 

Czegóż chcieć więcej?  Tego wszystkiego! Cały czas! 

 

Wziąć głęboki oddech radości

04 kwietnia 2019

Ostatnie posty na blogu

WITAJ U ULI WUJCIÓW

BLOG

KONTAKT

FACEBOOK

POZNAJMY SIĘ

JAK POMAGAM

MENU
Copywright 2020 | Ula Wujciów
Designed by Loobinoo

Polityka prywatności