Wiecie co, kilka dni temu leżąc na podłodze, w kałuży wody, po północy doznałam czegoś na kształt kolejnego olśnienia :-P

 

Ale po kolei.

 

Dlaczego leżałam?

 

No to akurat w moim przypadku raczej oczywiste - wychrzaniłam się.

 

Dlaczego po północy i dlaczego w kałuży wody?

 

No tu odpowiedź jest już zdecydowanie mniej oczywista :-P Mianowicie - idąc do łóżka, chciałam podlać kwiatki.

 

Tak, naprawdę chciałam podlać kwiatki.

 

Mam takie "dni podlewania kwiatków". I zapomniałam, że to wypadało właśnie wczoraj. Oczami wyobraźni zaczęłam dostrzegać, że mój piękny kwiat zaczyna marnieć :-P. A obiecałam sobie jakiś czas temu, że będę wykonywać bez względu na wszystko założone sobie cele na dzień -a w sumie to nie chciało mi się jeszcze spać - stwierdziłam, że ogarnę trochę w kuchni i podleję go jeszcze tej nocy.

Kwiat jest spory, więc dzbanek z wodą także był spory. No i oczywiście straciłam równowagę i epicko wygrzmociłam się na d.... pupę wylewając dzbanek wody na siebie oraz pół salonu.

 

Jak można by się tego spodziewać, obudziło to mojego męża, który zły, wyrwany ze snu, przyszedł na ratunek. Tylko nie do końca jestem pewna czy ten ratunek był bardziej dla mnie czy dla niedawno położonych paneli :-P Ponieważ mnie nawet palcem nie tknął :P

 

Zazwyczaj w takiej sytuacji zaczęłabym momentalnie zadręczać się wyrzutami sumienia. No bo przecież mój mąż miał okrutnie ciężki tydzień, był zmęczony, a teraz przeze mnie nie śpi, bo musi mi pomóc wytrzeć podłogę i na pewno będzie zły, a ja jestem do kitu, zachciało mi się podlewania kwiatków w nocy i nawet tego nie potrafię itd.

 

Tak naprawdę ja tak mam. Miałam.

 

Nigdy chyba nie zapomnę jak rozwaliłam sobie brodę na spacerze z przyjacielem, którego nie widziałam od dawna i na którym chciałam zrobić dobre wrażenie. Poleciałam jak długa na chodniku, uderzając brodą o jedną, jedyną wystającą płytkę chodnikową. Pogotowie, dwa szwy,a zamiast śmiechu gigantyczna fala wstydu i zażenowania. Płakałam cały wieczór, nie umiejąc sobie z tym poradzić. I zamiast pokazania się z jak najlepszej strony, z dystansem do siebie, pokazałam się jako rozczulająca się nad sobą mameja.

 

Takich sytuacji miałam w życiu ogrom. Zamiast podejść do tego na luzie, śmiać się, że coś mi nie wyszło, że sytuacja była komiczna - ja zawsze zadręczałam się wyrzutami sumienia, poczuciem wstydu, beznadziejności.

 

Ale chyba w końcu zaczynam dorastać i otwierać szerzej oczy.

 

Wracając do tego leżenia w kałuży - przez moment miałam cholerne poczucie winy. Ale minutę później patrząc na mego biednego męża walczącego z mopem, oraz na siebie - w mokrusieńkiej koszuli nocnej z prawie pustym dzbankiem w ręce - zaczęłam się śmiać. Zanosiłam się ze śmiechu, myśląc o komicznej postaci tej sytuacji. I mimo, że mężowi niezbyt się to udzieliło - mnie było lepiej.

 

Nadal było mi go szkoda. Nadal nieco głupio, że go obudziłam. Ale wiedziałam, że nie zrobiłam tego celowo, że nie chciałam źle. Stało się i zadręczanie się nic tu nie pomoże.

 

Zrobiłam głupotę, ale co z tego? To nie koniec świata. Ani też nie zbrodnia. Bywa. Takie jest życie. Nie zawsze wszystko nam się uda. Czasem się potkniemy, czasem coś pójdzie zupełnie odwrotnie niż byśmy tego chcieli. Ale to nie jest powód do załamania. To od nas zależy jak do tego podejdziemy. Czy wezmą górę głupie myśli, czy dystans do samych siebie. Czy damy wygrać wyrzutom sumienia oraz potrzebie bycia idealnymi, czy też po prostu wybuchniemy śmiechem nad swoją niezdarnością?

 

Zdałam sobie sprawę, że to ja sama decyduję o swoim samopoczuciu zarówno w tych lepszych jak i gorszych chwilach. To jest nasz wybór. Brzmi absurdalnie? No to zastanówmy się - czy ktoś nam "każe" uśmiechać się jak spotka nas coś miłego? Nie, to my sami tak chcemy, czujemy taką ochotę. I tak samo jest z naszymi porażkami. Od nas zależy czy będziemy mieli do nich dystans i potraktujemy je jako naukę na przyszłość, czy też się załamiemy.

 

Kolejnym odkryciem niedalekiej przeszłości było to, że w pewnych swoich dziwacznych przypadłościach typu nieustanne zwątpienie w siebie, czy przerabianie w głowie tysiąca scenariuszy danej sytuacji, czy chroniczny lęk przed krytyką i przeżywanie co ktoś o mnie pomyśli nie jestem wcale osamotniona.

 

Długo myślałam, że tylko ja jestem taka wewnętrzna sierotka Marysia obwiniająca się za wszystko i analizująco - przeżywająca. A okazuje się, że wcale nie. Wiele kobiet tak ma. Czasem nawet tych, które uznajemy za wyjątkowo silne i asertywne.

 

My widzimy tylko to co na wierzchu, to co tak naprawdę dana osoba chce nam pokazać. Nie wiemy co ona myśli i czuje, ani z czym się teraz zmaga. Mamy dostęp do tzw. "okładki", natomiast wnętrze poznajemy dopiero gdy zostaniemy do niego wpuszczeni.

 

Gdy bliska mi osoba zwierzyła mi się z tego jak duże ma problemy z obawą przed odrzuceniem, krytyką oraz analizowaniem wszystkiego na 5 tysięcy różnych ewentualności byłam w szoku. Po pierwsze dlatego, że w życiu nie przypuszczałam, że tak silna osobowość może mieć takie problemy. A po drugie dlatego, ponieważ sądziłam, że nieliczne istoty na świecie są tak pokręcone jak ja.

 

A tu okazuje się, że takich okazów jest znacznie więcej. Tyle, że my stanowczo nie lubimy dzielić się ze światem tą sferą. Natomiast dokładać wciąż sobie wyrzutów sumienia, że tacy jesteśmy to i owszem. A może właśnie, spróbujmy tak trochę częściej o tym rozmawiać? Zrzucić z siebie czasem ten ciężar kompleksów i dążenia do ideału, aby usłyszeć, że nie jesteś w tym osamotniony? Oraz, że to wcale nie jest takie absurdalne, dziwne jak nam się wydaje?

 

Może to i głupio zabrzmi, ale cieszę się, że to usłyszałam. Nie, nie cieszę się, że ta osoba ma takie problemy absolutnie. Ale wiele dla mnie znaczy, że zostałam wpuszczona "pod okładkę" i jest mi nieco lżej mając świadomość, że nie jestem aż tak nienormalna ze swoimi lękami.

 

Na zakończenie jeszcze taka myśl. Ostatnio usłyszałam, że nie ma nic złego w mojej wrażliwości. To, że jakaś sytuacja tak mnie poruszyła, że przeżywam to kilka dni, oznacza, że potrzebuję właśnie tyle czasu. I to nie jest coś, co powinnam zmieniać. Byłabym nieszczęśliwa wmawiając sobie, że "to mnie nie rusza". Nie byłabym sobą.

 

Nie macie pojęcia jak wiele mi dały te słowa. Niby takie oczywiste. Ale gdy ktoś utwierdza nas w tym, że nie powinniśmy się zmieniać wbrew sobie. Jak ktoś powie, że to czego się wstydzimy nie jest czymś złym. - Poczujemy się naprawdę cholernie dobrze.

 

Bądźmy dla siebie bardziej wyrozumiali. Nie oczekujmy od siebie perfekcji. Bądźmy sobą. Po prostu. :-)

 

W kałuży wody

10 listopada 2020

Ostatnie posty na blogu

WITAJ U ULI WUJCIÓW

BLOG

KONTAKT

FACEBOOK

POZNAJMY SIĘ

JAK POMAGAM

MENU
Copywright 2020 | Ula Wujciów
Designed by Loobinoo

Polityka prywatności