o tematu dzisiejszego wpisu natchnęły mnie wydarzenia, jakie miały miejsce w ostatnich dniach. Zaliczyłam kilka upadków – zarówno tych w znaczeniu dosłownym, jak i metaforycznym.

 

Upadać można w bardzo różnym stylu. Można na przykład:

  • Wywinąć orła,
  • Złapać zająca,
  • Polecieć na szczupaka,
  • Przekoziołkować,
  • Lub po ludzku – wychrzanić się.

Powiem Wam szczerze – wszystkie style są mi bardzo dobrze znane  Jestem prawdziwym mistrzem upadku.  Przewracałam się tryliony razy. Tak już mam i nie wiele mogę na to poradzić. Do tego trzeba po prostu przywyknąć. Upadam z gracją lub też bez, po czym wstaję lub mnie podnoszą, otrzepuję się i idę dalej.

 

Głównym winowajcą jest moja niezmiernie cienka równowaga. Potrafię się wywrócić wszędzie. Tyle co ja się wstydu przez to najadłam w życiu, to jest nie do opisania  Zazwyczaj się z tego śmieję, ale większość widzów tych moich „tańców”, diabelnie panikuje. Po co? Nie wiem. Bo czy to coś zmieni?

O ironio – w atakach paniki przoduje moja mama. Pomyślicie, że przez te 29 lat mogłaby się już przyzwyczaić, ale nie, nie mogłaby.  Mimo moich zapewnień, że nic mi nie jest, każdy mój upadek na jej oczach wywołuje stan przed zawałowy. 

 

Często mnie to denerwuje, ale rozumiem reakcje ludzi. Obcy człek, czy zaznajomiony – zawsze będzie mniej lub bardziej przerażony widząc mnie w akcji. Potem zaczynają się oczywiście standardowe wyrzuty sumienia: „a mogłem temu zapobiec”. Otóż nie, naprawdę nie miałeś szans. To tak jak z małym dzieckiem – jak dobrze byś nie pilnował, to obrócisz się na sekundę sięgnąć po kubek i właśnie w tej sekundzie dziecko nabije sobie guza uderzając głową o stół. Po prostu nie da się pewnym sytuacjom zapobiec.

 

Na przykład wczoraj wychodząc z kina. Naoglądałam się o super bohaterach i od razu poczułam się jednym z nich i chciałam sprawdzić czy dolecę do samochodu.  No niestety – nie doleciałam, a zamiast tego poleciałam klasycznym szczupakiem wprost na asfalt. W myślach już widziałam swoją twarz na tym asfalcie, ale nie wiem jakim cudem nawet się nie przerysowałam  W każdym razie upadek był bardzo widowiskowy.  (Gorąco pozdrawiam moje wczorajsze towarzyszki, którym lekko podniosłam temperaturę w ten mroźny wieczór :D)

 

Zapomniałam właśnie dodać, że posiadam taką szczególną moc. Bardzo rzadko odnoszę poważniejsze obrażenia przy tych upadkach. Nigdy sobie nic nie połamałam, kilkadziesiąt razy tylko trochę się pokiereszowałam i poobijałam. Naprawdę nie wiem jak to robię, ale jestem w tym dobra. Czasem nawet potrafię lecąc na twarz, obrócić się i wylądować na tyłku. Poważnie 

 

Z tych nieco gorszych w skutkach upadkach, kilka zapadło mi wybitnie w pamięci.

Kiedyś, z moim pierwszym w życiu przyjacielem, w wieku kilkunastu lat, pojechałam na turnus rehabilitacyjny. Przeżywałam to niesamowicie, gdyż pierwszy raz miałam możliwość spędzić z nim trochę czasu. Pierwszego dnia, podjarana niczym fajerka w kuchence, wybrałam się na spacer. No i krocząc dumnie obok niego, potknęłam się i poleciałam jak kłoda. Podniosłam się najszybciej jak tylko mogłam i od razu mówię oczywiście, że nic mi nie jest. Ale on  dość dziwnie na mnie patrząc zaczął kręcić głową mówiąc mniej więcej tyle: „uuuuuu”. Opuściłam głowę w dół i zobaczyłam plamę krwi na chodniku. Okazało się, że rozcięłam sobie brodę o jedną, jedyną wystającą płytkę chodnikową. Do końca wyjazdu chodziłam ze szwami w brodzie, nie mogąc się kompletnie pogodzić z tą żenującą sytuacją.

 

Natomiast dwa lata temu, pojechałam pierwszy raz od wieków na urlop bez męża i dziecka nad morze ze znajomymi i całym zrzeszeniem niepełnosprawnych sportowców Zielonej Góry i Szczecina. Było świetnie – całe dwa dni. I to by było na tyle. Ponieważ trzeciego dnia wychodząc z pokoju, zmierzając na śniadanie, wywróciłam się na prostej jak stół drodze i skręciłam sobie kostkę. Nie dość, że wstyd to jeszcze resztę urlopu spędziłam na wózku, całkowicie zależna od innych. Zachciało mi się urlopować 

 

Było takich sytuacji jeszcze trochę, ale ze zdecydowanej większości upadków wychodziłam praktycznie bez szwanku.

Przejdę może do upadków nieco bardziej bolesnych – tych wewnętrznych.

Tak – ja także miewam gorsze chwile, jak chyba każdy. I to nie jest nic złego, a wręcz przeciwnie. Uważam, że każdy musi czasem „upaść”, wykrzyczeć się, wypłakać, a nawet poużalać się nad sobą. Dać upust swoim emocjom. To jest czasem potrzebne. Nie dlatego, że byłoby zbyt nudno, gdyby było zawsze pięknie i kolorowo (aczkolwiek w tym też coś jest), ale dlatego, że zawsze „leżąc w tym dole” będziemy chcieli z niego wyjść. A co za tym idzie, wyciągniemy wnioski i zapragniemy coś zmienić, żeby było lepiej.

 

Każdy przechodzi przez kryzys w inny sposób. Jeden  potrzebuje samotności, zamyka się w swoim domu, wcina pudełko lodów i ogląda łzawe filmy. Drugi idzie pobiegać, lub wyładować się na siłowni. Trzeci wysprząta cały dom. Czwarty dzwoni do męża, żony, siostry, przyjaciela, bo musi przejść przez to z kimś. Nieważne jak – ważne żebyśmy sobie pozwolili na te gorsze chwile.

 

Ja najczęściej skłaniam się ku temu ostatniemu rozwiązaniu, choć wszystkie są mi znane (no dobra z wyjątkiem biegania  ) Potrzebuję wiedzieć, że nie jestem w tym sama. Gdy już zużyję całe pudełko chusteczek higienicznych i zmoczę doszczętnie rękaw mojego męża, czy przyjaciółki, jest mi lżej. Zazwyczaj nawet nie oczekuję pomocy, ale muszę zwyczajnie się wypłakać i wygadać.

 

Jeszcze kilka lat temu nie myślałam w ten sposób. Nigdy nie cierpiałam na nadmiar przyjaciół, więc musiałam mierzyć się z moimi kryzysami praktycznie sama, a to było diabelnie trudne i bolesne. Wtedy zamiast znaleźć rozwiązanie i siły, pogrążałam się w jeszcze większej rozpaczy i poczuciu beznadziei. Z własnego doświadczenia wiem, że nie warto dusić w sobie problemów. One będą narastać, kumulować się i nawet najsilniejszy człowiek w końcu wybuchnie. A wtedy  pozbierać się jest już naprawdę strasznie ciężko. Tak jak w odkurzaczu opróżniamy worek, bo gdy się nazbiera za dużo śmieci to pęknie, tak i my powinniśmy od czasu do czasu „wyrzucić z siebie” zmartwienia.

 

Wracając do teraźniejszości – Mój mąż musiał wyjechać na dwa tygodnie. Rozłąki, nawet te krótkie, nigdy nie były dla mnie łatwe. Nie nadawałabym się do związku na odległość. Kocham męża całym sercem. To z nim chcę przejść przez całe życie i nie od święta, ale na co dzień. Tak więc, jakkolwiek banalnie i ckliwie to brzmi – ja najlepiej czuję się gdy jest przy mnie. Gdy mogę budzić się i zasypiać obok niego każdego dnia.  Przepraszam wszystkich, których właśnie zemdliło od nadmiaru słodyczy, ale ja taka jestem i nie mam zamiaru się tego wstydzić 

 

Znajduję się w trudniejszym okresie, ponieważ właśnie teraz musiałam sama stawić czoła pewnym demonom swojej przeszłości. Zdać sobie sprawę, że miały one nade mną kontrolę kiedyś, ale teraz już nie powinny, bo jestem dorosłą kobietą. Łatwo powiedzieć, o wiele trudniej zrobić.

Moje poczucie własnej wartości nigdy nie było zbyt duże. Przez życie, przez niepełnosprawność, przez społeczeństwo, przez bliskich. Nie będę tego roztrząsać, ale niestety – walczę z tym po dziś dzień. I dlatego bardzo łatwo jest wywołać u mnie zwątpienie, podburzyć obraz mojej siły i osiągnięć. Głupie – wiem, ale zbyt głęboko mam zakorzenione poczucie odmienności, odrzucenia, niezrozumienia i braku docenienia. Całe życie podświadomie próbuję udowodnić światu, że jestem coś warta, że mogę wiele, że jestem pełnowartościowym ludzikiem stąpającym po tej planecie. Pomimo tego, że tak naprawdę nic nie muszę.

 

Walczyć będę zapewne całe życie. Na pewno będą w tej walce wzloty i upadki, ale chcę walczyć, bo warto. I na szczęście są dziś przy mnie ludzie, którzy wspierają mnie w tej walce. To dla mnie niezwykle wiele znaczy.

Myślę, że upadki są mi w życiu potrzebne. Wszystkim nam są potrzebne. Bo z każdego coś „wyniesiemy”. Po każdym będziemy mądrzejsi.

Życzę Wam, żebyście właśnie w taki sposób podchodzili do kryzysów.

Każdy z nas musi opanować własną sztukę upadania.  

 

Sztuka upadania

20 stycznia 2019

Ostatnie posty na blogu

WITAJ U ULI WUJCIÓW

BLOG

KONTAKT

FACEBOOK

POZNAJMY SIĘ

JAK POMAGAM

MENU
Copywright 2020 | Ula Wujciów
Designed by Loobinoo

Polityka prywatności