Poprzedni wpis poświęciłam na przybliżenie Wam mojej teorii na temat niepełnosprawności, dziś chciałabym Wam opowiedzieć nieco więcej o sobie.

Jak wiecie zwą mnie „niepełnosprawna ruchowo”. Co dokładnie to oznacza? W moim przypadku jest to niedowład prawostronny, tak więc wszystko co znajduje się w prawej połówce mojego ciała niekoniecznie ze mną współpracuje  Od nogi poprzez rękę aż do połowy aparatu gębowego. W związku z tym moje poruszanie się jest bardzo oryginalne (aczkolwiek Bogu dzięki, że w ogóle jest), ręka z racji słabych i przykurczonych mięśni przypomina wieszaczek na kurtkę, a  moja wymowa… no dykcji aktorskiej nie posiadam :-P. Szczerze to wbrew pozorom chyba ten ostatni deficyt przysparza mi najwięcej kłopotów, ponieważ jak ludzie widzą takie dziwadło jak ja to już jestem straszna, a gdy jeszcze usłyszą, że mówię niewyraźnie to już jest w ogóle komplikacja przeszkód dla nich nie do przejścia.

A dlaczego jestem niepełnosprawna?

 

Moja niepełnosprawność miała początek w 10 miesiącu życia. Urodziłam się jako zdrowe dziecko, choć co do tego faktu lekarze nie są zgodni, ale w Polsce tak to już niestety jest. Jeśli nie wiadomo co się stało, jak to wyjaśnić to najlepiej zasugerować, że tak było od początku.

Ostateczna i prawdziwa wersja jest taka, że byłam zdrowa przez pierwsze 9 miesięcy swojego życia.

 

I nagle niefortunny wypadek. Błahy, a wręcz śmieszny, ale dość poważny w skutkach. Otóż spadłam z kanapy. Wybrałam sobie chyba najgorszy sposób tego upadku ponieważ spowodował on uszkodzenie pnia mózgu, a w konsekwencji powypadkowy niedowład spastyczny prawostronny. Zaraz po upadku byłam bezwładna, rodzice nie wiedzieli co się stało, ani co będzie dalej.

 

Niewiele potrafili wtedy stwierdzić również lekarze, gdyż ponad dwadzieścia lat temu medycyna nie była tak rozwinięta jak dziś. Pobyt w szpitalu, mnóstwo badań, różne diagnozy – tak wyglądały pierwsze miesiące po wypadku. Zresztą kolejne lata także. Mama opowiadała mi, że w tamtych czasach informacja medyczna na temat niepełnosprawności była w Polsce „poniżej krytyki” wszystkiego trzeba było dowiadywać się samemu. Szukać informacji, dobrych lekarzy, pomocy. A nie było to łatwe. Każdy lekarz mówił co innego – jedni kazali rehabilitować, inni operować, jeszcze inni wkładać łuski i gorsety, a bywali też i tacy którzy w ogóle kazali się poddać. Ci ostatni radzili moim rodzicom szykować się na bardzo trudne życie bo ze mnie to już nic nie będzie. I bądź tu człowieku mądry i pisz wiersze oraz zadecyduj co dla Twojego dziecka najlepsze.

 

W tym gąszczu różnych sprzecznych informacji musieli się odnaleźć moi rodzice. I jak widać udało im się to, bo jednak „coś” ze mnie wyrosło. „Coś” co wiedzie samodzielne, prawie normalne życie. Za pomoc w tym jestem im bardzo wdzięczna. Jednakże nie przeczę… nie ułatwiałam im tego, nie mieli ze mną łatwo. Zawsze byłam i do tej pory jestem typem buntowniczki. Z tą jednak różnicą, że dziś jest to nieco bardziej rozumny bunt niż kilkanaście lat temu.

Gdy byłam dzieckiem, byłam nastawiona całkowicie negatywnie na jakiekolwiek formy rehabilitacji w domu. Dziś tego żałuję, ale czasu nie cofnę. Nie potrafię powiedzieć z czego ta niechęć wynikała. Być może z wypierania, że tego potrzebuję,  może z poczucia, że i tak to nie poprawi mojej sprawności, a może ze zwykłej dziecięcej potrzeby zabawy i robienia innych ciekawszych rzeczy od ćwiczeń z mamą. Naprawdę nie wiem. Wydaje mi się, że wszystko po trochu wpływało na ten bunt. Bynajmniej zmusić mnie do ćwiczeń to był niezły wyczyn, rodzice próbowali wszystkiego… prośby, groźby, przekupstwa.

 

Pamiętam na przykład do dziś, jeden z niewielu krótkich okresów, w którym ćwiczyłam dobrowolnie i starannie. Miałam wtedy takiego domowego królika i bardzo chciałam kupić mu automatyczną smycz, żebym mogła wyprowadzać go na trawkę u babci na podwórku. (tak, nie żartuję naprawdę byłam tak szurnięta, że królika chciałam na smyczy wyprowadzać  ) No ale jak kupić, skoro nie mam za co? No proste – pójść i zrobić maślane oczka do tatusia.

Jednak wtedy mój tata nie zgodził się od razu, co zaznaczę zdarzało się dość rzadko, ponieważ byłam mistrzynią w tłumaczeniu tacie, że coś jest mi niezbędne. Do tego słodkie oczka i buziaczek i „och ach tatusiu” no i wiecie – nie można było odmówić. Ale tamtego razu tata wpadł na pewien, ktoś by powiedział, że może mało wychowawczy, lecz genialny w skutkach pomysł. Mianowicie powiedział mi, że muszę sobie na tą smycz zapracować. Pracą miały być właśnie ćwiczenia. Tata zaproponował mi bodajże 2 zł za każdą godzinę ćwiczeń dziennie. No oczywiście, że na to poszłam bo zależało mi na smyczy. I przez dwa tygodnie chodziłam ćwiczyć z zeszycikiem do mamy, która codziennie się w nim podpisywała. Gdy tata wracał z pracy szłam do niego z zeszycikiem, a on wypłacał mi obiecane 2 zł.

 

Dziś wspominam to ze śmiechem, ale też politowaniem dla samej siebie, że ćwiczyłam dla pieniędzy.

Mój bunt przejawiał się w wielu dziedzinach życia zarówno w dzieciństwie jak i obecnie. Czasem był głupi, czasem śmieszny, a czasem bardzo zasadny. Zawsze byłam uparta jak osioł. Ale myślę, że gdyby nie te cechy, to dziś nie miałabym nic poza strachem i wstydem.

Na koniec powiem Wam coś, co udało mi się zrozumieć nie tak dawno.

 

Większość życia nie mogłam się pogodzić z tym, że miałam wypadek, że nie jestem zwyczajna. Bardzo często zadawałam sobie pytanie dlaczego właśnie ja. Ale dziś wiem, że gdyby nie ta tragedia – nie byłabym człowiekiem jakim jestem teraz. Zapewne miałabym zupełnie inne cele i priorytety w życiu. Zapewne miałabym zupełnie inne podejście do życia. Zapewne wszystko byłoby dla mnie prostsze przez co nie byłabym tak wytrwała. A na pewno nie widziałabym w ludziach tego co potrafię dostrzec i nie poznałabym tych niezwykłych osób, które znam.

 

Może i nie mam łatwego życia. Cały czas walczę ze swoimi słabościami zarówno psychicznie jak i fizycznie. Ale jestem szczęśliwa. Z ludźmi, których kocham. Z przyjaciółmi. Z moim niezwykłym mężem i cudownymi dwoma szkrabami.

Jestem wdzięczna za życie, które mam! 

 

Szczęście w nieszczęściu

09 stycznia 2019

Ostatnie posty na blogu

WITAJ U ULI WUJCIÓW

BLOG

KONTAKT

FACEBOOK

POZNAJMY SIĘ

JAK POMAGAM

MENU
Copywright 2020 | Ula Wujciów
Designed by Loobinoo

Polityka prywatności