Jak przekuć kryzys w coś pożytecznego? I czy to w ogóle jest możliwe? Myślę, że tak.

 

Tak, dopadł mnie kryzys moi drodzy. I to niestety nie taki, na który zwykle pomaga wiaderko lodów i ulubiona, znana na pamięć komedia romantyczna.

Dopadł mnie taki, co zżera mnie od środka od jakiegoś czasu, a ja pomału przestaję wmawiać sobie i wszystkim, że jest ok. Już  kurde nie da się go zamieść pod ten dywan. Wciskam go tam i wciskam, a on ciągle wyłazi. Gadzina jedna.

 

I nadszedł ten czas, gdy  muszę wziąć i …. i po prostu wypłakać się. Wyciągnąć tego dziada spod dywanu, posadzić go naprzeciwko siebie i posłuchać.

Właśnie tak. Czasem naprawdę trzeba dopuścić do głosu nasze bolączki, żale, niemoce, marudzenia i wszystko inne co w nas siedzi. Przyznać się do tego, przestać wmawiać sobie, że nie mamy do tego prawa. Skończyć z powtarzaniem sobie, że to nieistotne, że pierdoły.

To bardzo istotne! Pierdoły? Ale nasze osobiste pierdoły i dla nas ważne. A jak tych pierdółek nazbiera się kilkanaście, kilkadziesiąt, to robi się z tego tak wielki pierdół, że ja pier…..

 

Tak więc ja mam zamiar dać sobie dziś, może jutro też jeśli będzie trzeba, taki właśnie czas dla mnie i tego stwora spod dywanu. Mam prawo zużyć pudło chusteczek, mam prawo poużalać się nad sobą, powyolbrzymiać problemy. Mam prawo krzyczeć, wyć, piszczeć, rozwalić coś (oczywiście coś niepotrzebnego i niskobudżetowego). Mam prawo do wielu innych „niestandardowych” zachowań. I użyję ich wszystkich, jeśli będę czuła, że to mi potrzebne.

 

A potem poczuję się lepiej, będę „oczyszczona”. Zacznę lepiej odbierać pozytywne emocje, sytyacje. Przede wszystkim zacznę je lepiej widzieć. Bo wierzcie lub nie, ale ten nasz wewnętrzny dziad, którego odpychamy, przesłania nam większość tego dobrego co nas na co dzień spotyka. Gdy pozwolimy mu wyleźć, zwolnimy miejsce na dobre myśli i doznania.

 

Potem „wstanę” i zacznę działać. Tak jak czuję i tak jak mogę. Świata może nie zwojuje. Ale swoje życie mogę. Na to mam zawsze wpływ, tylko nie zawsze to dostrzegam.

 

Posmędzę Wam trochę, ale obiecuję, tylko trochę.

 

Właśnie minął czwarty miesiąc mieszkania wspólnie z moimi rodzicami. Miało być krócej, ale jak to często bywa z budowami - "trochę" się przesunęło. Ostatnie okruchy mojej płonnej nadziei o przeprowadzce w tym roku odeszły ode mnie z przytupem. Był to dla mnie potężny cios, ponieważ marzyłam o tym. No ale cóż powiedzieć - taki mamy klimat. No nie udało się i nie jest to niczyja wina. (No może trochę tych niewdzięcznych kul w maszynie totolotka, które ni cholery nie chcą poustawiać się po mojej myśli :-P )

 

Jak mi z tym? No źle... Tęsknię za prywatnością. Za możliwością bezkarnego krzyknięcia, czy popłakania się nad rozlanym mlekiem bez tłumaczenia. Za robieniem wszystkiego po swojemu. Za samodzielnym wychowaniem moich dzieci bez pomocników. Za rządzeniem się w mojej kuchni. Za własną hierarchią wartości. Za nieocenianiem zachowania moich dzieci. Za bezkarnym wkurzeniem się na męża i późniejszym pocałunkiem na zgodę kiedy chcę i gdzie chcę bez widowni. Za własną muzyką i za bieganiem po domu na golasa, gdy mam na to ochotę. Po prostu.

 

Mój mąż daje z siebie 200%, żeby jak najszybciej wykończyć nasz dom, a ja siedzę nie wiele mogąc, oprócz robienia dobrej miny do złej gry. Czuje się jak na tykającej bombie, która w każdej chwili może wybuchnąć, gdy wykonam ruch nie w tę stronę co trzeba.

 

Kilka spraw trzymało mnie ostatnio w tzw. pionie. Jedną z nich była wizja udziału w pewnym projekcie. Naprawdę mnie to cieszyło. Oczywiście jak się domyślacie nic z tego nie wyszło. Bardzo dobitnie i brutalnie - nic nie wyszło.

 

Cierpię na taką strasznie dokuczliwą przypadłość - wierzę w ludzi. Jestem w tym niestety strasznie naiwna. Wierzę w to co mówią, co obiecują. Tak wiele razy przez to cierpiałam, a wniosków nie wyciągam żadnych. Powinnam mieć na drugie imię "naiwna".

 

Teraz także, zostałam przepięknie zrobiona na szaro, przez to, że zaufałam. I nawet nie byłam bardzo zdziwiona, a jedynie wściekła, że znów dałam się nabrać. Dla wszystkich chcę dobrze, a większość ma mnie głęboko gdzieś. Czy chociaż tym razem czegoś mnie to nauczy? Szczerze wątpię.

 

A propos ludzi - znacie może to uczucie, kiedy czujecie, że całym sercem robicie wszystko, żeby było dobrze, a potem dowiadujecie się, że wszystko było nie tak? Odebrane zupełnie na opak, niezrozumiane.

Kiedy dosłownie wypruwacie sobie żyły chcąc zrobić coś miłego dla drugiej osoby, a kończycie czując się jak totalna franca myśląca tylko o sobie?

Gdy wkładacie całego siebie w to co robicie licząc na okruszek docenienia, aby wiedzieć, że Wasze działanie ma sens, a zamiast tego macie poczucie, że nikogo to nie obchodzi?

 

Ja niestety znam to uczucie.

 

Powiecie mi - wrzuć na luz, wszystkich nie zadowolisz. Albo - za bardzo się starasz. Lub - pomyśl więcej o sobie, a mniej o innych. Lub po prostu - przesadzasz. I we wszystkim będziecie mieli trochę racji. Ale ja niestety tak mam, taka jestem. Jestem w stanie zrobić bardzo wiele dla drugiego człowieka. Nie dlatego, że mam syndrom Matki Teresy (chociaż, może trochę mam? :-P ) Ja to po prostu lubię. Czerpię niesamowitą radość z każdej drobnostki, którą mogę dla kogoś zrobić. Kiedy mogę w jakikolwiek sposób kogoś uszczęśliwić, okazać sympatię, miłość. A jeśli mi na tej osobie bardzo zależy - nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych.

 

Dlatego zawsze tak cholernie mnie boli, gdy dowiaduję się, że to co zrobiłam dla kogoś nic nie znaczyło.

 

I pomimo tego, jak wiele razy "oberwałam", jak wiele razy ktoś zdeptał te moje starania, kompletnie mając je w nosie, lub co gorsza obrócił je przeciwko mnie - ja wciąż i wciąż to robię.

 

Trochę jest też prawdy w tym, że ja to robię, ponieważ tak mocno pragnę być doceniona, potrzebna, godna czegoś lub kogoś. Jakaś cząstka mnie stale krzyczy, błaga o potwierdzenie mojej wartości i tego, że robię coś dobrze. Dlaczego? Bo mam w tej dziedzinie totalne braki odkąd pamiętam.

 

I chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że nikt ani nic nie wypełni tych braków, jeżeli ja w pełni nie uwierzę w swoją wartość... nie potrafię. Wydaje mi się, że ją znam, ale wątpię w nią przy każdym potknięciu, przy każdym odrzuceniu, przy każdej chwili bezradności. Było tak odkąd pamiętam.

 

Nie pomaga mi w tym także to, że przed poznaniem mojego męża nigdy nie mogłam mieć krztyny poczucia, że ktoś przy mnie zostanie. Moje "przyjaźnie" zawsze prędzej czy później kończyły się fiaskiem. Nawet te, które wydawały mi się prawdziwe i silne.

Dla przykładu przez wiele szkolnych lat miałam bardzo bliską przyjaciółkę. Była to pierwsza osoba, która w pełni zaakceptowała mnie taką jaką jestem. Mówiono o nas papużki nierozłączki. I nie byłoby nic w tym złego, wiele przecież szkolnych psiapsiółek tak wygląda. Tylko, że w moim przypadku dochodzi jeszcze jeden istotny element - niepełnosprawność.

 

Chodziłam do zwyczajnej szkoły. Oznacza to, że były tam progi, schody, piętra. Nie byłam więc w stanie poradzić sobie sama- potrzebowałam pomocy. A ponieważ miałam przyjaciółkę - miałam w szkole pomoc. Było to dla mnie naturalne, nie rozpatrywałam tego wtedy w kategoriach problemu czy poświęcenia. Wydaje mi się, że ona przez dłuższy czas także tak o tym nie myślała. Jednak z biegiem czasu zaczęło jej to ciążyć. Odcięła się ode mnie. Był to dla mnie niesamowity cios. Moja pierwsza olbrzymia tragedia. Zwłaszcza, że początkowo nie wiedziałam co się dzieje. Zostałam bez przyjaciółki, znów byłam sama.

 

Potem informacje spadły na mnie dosłownie niczym grom z jasnego nieba.

 

Nasza nierozłączność zaczęła jej ciążyć, przestała sobie z tym radzić. Miała poczucie, że nie ma już jej jako osobnej jednostki tylko jest ona i Ula. Za dużo było mnie. Potrzebowała przestrzeni. Wszędzie byłam ja, uzależniona od jej pomocy. Praktycznie nikt prócz niej mi nie pomagał. Dopiero gdy to usłyszałam zdałam sobie sprawę, że faktycznie tak jest. Tylko, że ja kompletnie nie myślałam wcześniej o tym, że mogłabym i że powinnam kogo innego poprosić o pomoc. Może wcześniej nie dostrzegałam sygnałów, że jest jej z tym źle, a być może stało się to nagle. Może nie wytrzymała presji otoczenia, że "prowadza się z odmieńcem", może się z niej śmiali, a może po prostu sytuacja ją przerosła.

 

Nie żywię do niej żalu - absolutnie. Jesteśmy ludźmi. Miałyśmy wtedy po kilkanaście lat. Zapewne wiele przeze mnie usłyszała od ludzi i przeżyła. Jestem jej wdzięczna za to, co dla mnie zrobiła, bo dzięki niej połowa szkolnych lat nie była dla mnie koszmarem. Dzięki niej nie czułam się totalnym odmieńcem.

 

Każde wydarzenie w życiu czegoś nas uczy. Tamto całkowicie zmieniło moje myślenie o relacjach, o ludziach i o samej sobie. Wykiełkowało wiele obaw i strachu. Wiem, że ludziom często zbyt ciężko jest powiedzieć w twarz, że coś jest nie tak. Nawet w bliskich relacjach. Nie można niczego brać za pewnik.

tamtej pory obsesyjnie wręcz pilnuję by nie być dla kogoś problemem. Poczucie to było u mnie utrwalane przez wiele kolejnych lat oraz innych relacji z ludźmi. Co rusz zastanawiałam się czy nie przesadzam, czy nie za mocno narzucam się komuś. Czy nie proszę zbyt często o pomoc. Czy nie za często piszę, dzwonię. Mam tak zresztą do dziś.

 

I brak mi ludzi. Bardzo mi brak. Zwłaszcza tu i "teraz".

 

Niepodważalnie teraz mój mąż jest najbliższą mi osobą, największym Przyjacielem. Tylko, że wiecie jak to czasem jest - są takie sprawy, o których chciałoby się z kim innym pogadać niż z żoną czy mężem. Wyjść na ploty, wypić butelkę wina gadając o ciuchach, pieluchach, czy nowych fryzurach. Wyżalić się, nie czując oceniania. Obejrzeć szmirowatą komedię romantyczną.

 

Chciałabym mieć kiedyś ten "parasol bezpieczeństwa", że zadzwonię do kogoś z rozżalonym głosem, mówiąc, że ktoś mnie wyrolował, zmywarka nie działa, szafka nie chce się domknąć, rozsypałam cukier, on krzywo na mnie spojrzał, a świat sprzysiągł się przeciwko mnie. I w odpowiedzi usłyszę: przyjadę wieczorem z butelką wina, wszystko mi opowiesz.

Lub, że do mnie ktoś zadzwoni, a ja w ten sposób odpowiem. (Do mnie z prośbą o pomoc? łooooo chyba bym zawału z wrażenia dostała)

 

Chciałabym nie czuć się wiecznie jak ten wrzód na tyłku.

 

Marzę o tym.

 

Być może jest to utopia, dziś w tym zaganianym świecie, w którym na nic nie ma czasu. Sama znam realia dzisiejszych czasów doskonale. Ale ja wciąż wierzę, że można znaleźć czas. Że są rzeczy ważne i ważniejsze.

 

Kiedyś uwierzę, że jestem ważna i że nie muszę bać się odrzucenia.

 

Tak więc mój dziadzie przebrzydły -wyciągam Cię spod mojego dywanu i siadam z Tobą face to face. Widzę Cię i słyszę. Wysłucham wszelkich żali. Tych dużych i tych małych. Popłaczę z Tobą. Przytulę. Aż przestaniesz wyglądać tak strasznie. A ja będę czuła się silniejsza.

 

Potwór spod dywanu

26 listopada 2019

Ostatnie posty na blogu

WITAJ U ULI WUJCIÓW

BLOG

KONTAKT

FACEBOOK

POZNAJMY SIĘ

JAK POMAGAM

MENU
Copywright 2020 | Ula Wujciów
Designed by Loobinoo

Polityka prywatności