le razy mieliście uczucie, że gdzieś nie pasujecie? Że jesteście zupełnie inni niż, pozostali wokół was? Ulepieni z innej gliny? Niewystarczająco dobrzy? Nierozumiani?

 

Ja miałam tak setki razy. Przebywając w większej grupie mniej znanych ludzi , przeważnie czuję się jak odludek. Siedzę cicho, bojąc się odezwać. Wolę być na uboczu, ponieważ nie chcę jeszcze bardziej się wyróżniać. Wiem, że jest to błędne koło, ale rzadko mam w sobie tyle siły i odwagi, by zachować się inaczej.

 

Zawsze byłam osobą okrutnie nieśmiałą, a to nie pomaga w zjednywaniu sobie ludzi, którzy boją się do Ciebie podejść i odezwać.

Obecnie jest trochę lepiej – jestem w stanie bez „paraliżu” zamienić kilka zdań z całkowicie obcą osobą. Możecie się śmiać, ale kiedyś było to dla mnie ogromnym wyzwaniem. Zwykła rozmowa ze sprzedawcą w sklepie spożywczym, przyprawiała mnie o palpitacje serca. Myślę, że historią najlepiej to obrazującą jest ta, sprzed jakichś kilkunastu lat.

 

Wybierałam się w odwiedziny do mojego przyjaciela. Mieszkał jakieś 60 km ode mnie. Nigdy wcześniej nie podróżowałam sama, więc także wtedy miałam jechać z koleżanką. Jednak jak to zwykle bywało, zostałam wystawiona kilka dni przed wycieczką. Lecz byłam wtedy na tyle zdeterminowana, że postanowiłam pojechać sama.

 

Musiałam więc wszystko zaplanować sama i maksymalnie ograniczyć ryzyko niespodziewanych wydarzeń oraz konieczności interakcji z obcymi ludźmi. Postanowiłam zadzwonić na informację pks, aby być pewna, że połączenia autobusowe, które znalazłam w internecie, na pewno w danym dniu istnieją. Miałam jednak problem, ponieważ praktycznie nigdy nie wykonywałam tego typu telefonów samodzielnie. Wizja rozmowy z kimś zupełnie obcym nawet jedynie przez telefon, była dla mnie przerażająca. Najczęściej prosiłam o to koleżankę lub rodziców.

 

Naprawdę nie zgadniecie co zrobiłam. Wyryłam na blachę to, co mam powiedzieć pani z informacji pks, po czym włączyłam dyktafon i nagrałam się, aby móc sprawdzić, czy brzmi to w porządku. Dopiero po tym wybrałam numer i drżąc cała, zadzwoniłam zapytać o autobusy. Nie żartuję. Wspominam sobie czasem tę historię, gdy myślę, że jestem beznadziejna w kontaktach międzyludzkich. Pociesza mnie fakt, że kiedyś byłam znacznie gorsza. 

Chcecie zapewne wiedzieć, jak skończyła się ta przygoda? Otóż skończyła się pozytywnie. Jak już wiecie, uparta ze mnie bestia, więc pomimo arcygigantycznego strachu dopięłam swego i pojechałam w tę podróż. Zaplanowałam sobie każdy, nawet najdrobniejszy szczegół (dawało mi to wtedy minimum poczucia bezpieczeństwa). Przyszła po mnie znajoma, poszłyśmy na dworzec, tam pożegnałam się z nią, (była to inna koleżanka, która miała zapewnić mi przykrywkę przed rodzicami, że nie jadę sama) wgramoliłam się do autobusu, z sercem w gardle poprosiłam kierowcę o bilet i pojechałam spędzić kilka godzin z moim przyjacielem.

 

I tak o to, dzięki temu, że zostałam wystawiona przeżyłam swoją pierwszą w życiu samodzielną podróż autobusem.

Jak widzicie, najprostsze sytuacje stanowiły dla mnie spore wyzwanie, a gdy dochodziły do tego kontakty społeczne – robiły się z tego wyzwania level hard.

Poczucie, odmienności i niedopasowania, o którym wspominałam towarzyszyło mi na każdym kroku i najczęściej nie potrafiłam z tym walczyć. Stąd też moja galopująca nieśmiałość.

 

Gdy ktoś nieznajomy odezwał się do mnie, wyglądałam jakbym przeżywała stan przedzawałowy. Serce zaczynało mi walić jak oszalałe, pociły mi się dłonie, a aparat gębowy stanowczo odmawiał współpracy, co skutkowało wydobywaniem się dziwnych dźwięków z mojej buzi. Natomiast moje i tak już wzmożone napięcie mięśniowe osiągało poziom krytyczny, przez co prawa ręka i noga same mi się prostowały.

To ostatnie brzmi śmiesznie, i tak też wygląda. Nie dokucza mi to już w takim stopniu jak kiedyś, ale nadal jest obecne. Nauczyłam się to maskować. Jak wiem, że czeka mnie stresująca rozmowa, czy też jakieś większe emocje to zawsze siedząc, lewą – zdrową nogą blokuję prawą, aby ta nie miała jak się wyprostować. Natomiast lewą ręką przytrzymuję prawą. Ten, kto o tym nie wie – nie zauważy tego.

Niestety mój, mąż widzi to doskonale. Dlatego też, dobrze wie, kiedy idąc gdzieś mijamy, jakiegoś mojego byłego lub obecnego znajomego, a mnie z emocji ręka wystrzeliwuje do przodu.  Wie również, kiedy chcę mu powiedzieć coś ważnego, bądź też coś co jest dla mnie trudne, budzi duże emocje lub jest krępujące. Moje ciało absolutnie nie pomaga mi w kłamstwie, czy też w ukrywaniu pewnych spraw 

 

Dodatkowo, jak już kiedyś wspominałam, dużo problemów przysparza mi moja wada wymowy. W stresie staje się ona jeszcze bardziej niewyraźna i głównie z tego powodu ograniczam rozmowy z obcymi, kiedy się czuję nieswojo. Nie cierpię tego uczucia. Nie chcę, aby mieli o mnie gorsze zdanie niż mają, nie chcę, żeby patrzyli na mnie z politowaniem. Zacinam się i wolę jedynie potakiwać i uśmiechać się raz po raz. A nikt normalny nie będzie podejmował prób rozmowy, gdy nie widzi współpracy. I dlatego, mimo tego, że uwielbiam rozmawiać to siedzę cicho przez większość imprez, spotkań.

Niestety, braków w poczuciu własnej wartości nie da się tak łatwo załatać. Zwłaszcza, gdy widzę w oczach innych przerażenie i gdy czuje się człowiekiem „gorszej kategorii”.

 

Widzę i czuję to dość często. Nad wyraz mocno odczułam to zaraz po porodzie pierwszego dziecka, kiedy to byłam traktowana przez zdecydowaną większość personelu jak dziwoląg mający dziecko. Mało kto wierzył mi, że będę to dziecko wychowywać sama z mężem. Robiono mi często „sprawdziany” czy sobie poradzę. Byłam po cięciu cesarskim, ledwo się ruszałam, ale prawie wszystko robiłam sama, bo czułam na sobie spojrzenia, pogardę, brak wiary i bardzo bałam się dostarczać im więcej powodów do niepokoju.

 

A już wybitnie poniżający był dla mnie okres, w którym musiałam pójść z moim kilkumiesięcznym synem do szpitala. Musiał mieć wykonany zabieg i trzy dni zostać w szpitalu. Zabieg może nie był groźny i skomplikowany, ale dla świeżo upieczonej mamy to zawsze niewyobrażalny stres. Na domiar złego, mój mąż był wtedy w delegacji w Niemczech, więc moja mama pomagała mi dotrzeć do szpitala. Przełożona pielęgniarek oczywiście chciała rozmawiać z moją mamą, nie ze mną. Jak już się poddała i zaczęła rozmawiać ze mną to 3 razy ponawiała pytanie, czy na pewno ja sprawuje opiekę nad tym dzieckiem. Natomiast na drugi dzień, podczas obchodu ordynator oddziału zaczął mnie wypytywać o wszystko, po czym insynuował, że mąż zrobił mi dziecko i zostawił mnie wyjeżdżając do Niemiec.

 

A kilka lat temu szukając pracy, natknęłam się na właściciela bardzo niewielkiej firmy, lecz z bardzo wybujałym ego. Był to człowiek z rodzaju tych „wielkich biznesmenów”. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej, prosto w twarz zapytał mnie po co ja chcę pracować, bo przecież z taką niepełnosprawnością będzie mi lepiej w domu. Dlaczego ja w ogóle chcę czegoś od życia?

Sorry, taki mamy klimat. Takie właśnie mamy społeczeństwo.

 

Nieustannie walczę z tym wszystkim, ale nauczyłam się po japońsku, czyli „jako tako” radzić sobie z tym. Myślę, że do tego, w dużej mierze przyczyniły się moje dzieci. Będąc mamą na co dzień staję przed tak przeróżnymi sytuacjami w społeczeństwie, że chcąc nie chcąc muszę sobie z nimi sama poradzić. Poza tym dzieci (bynajmniej moje  ) dają spory zastrzyk pewności siebie. 

 

Być może kiedyś pokonam tę zmorę, przekroczę tą swoją kolejną w życiu przeszkodę. Przestanę się przejmować opinią innych. Dziś jeszcze nie potrafię. Dziś brak wiary w siebie i wstyd są często silniejsze ode mnie. Bardzo łatwo mnie zranić. Zbyt łatwo. Zbyt duży wpływ ma na mnie to co myślą inni. Jednak pokonałam już wiele innych barier i udowodniłam sobie i światu, że można! I pomimo upadków, nie zamierzam na tym poprzestać!

A wszyscy, którzy patrzą na mnie przez pryzmat mojej niepełnosprawności – niech się cmokną!

Bo ja mogę wiele i tej wersji staram się trzymać!

Bo ograniczenia są tylko w naszych głowach! 

 

 

Odludek w wielkim mieście

17 lutego 2019

Ostatnie posty na blogu

WITAJ U ULI WUJCIÓW

BLOG

KONTAKT

FACEBOOK

POZNAJMY SIĘ

JAK POMAGAM

MENU
Copywright 2020 | Ula Wujciów
Designed by Loobinoo

Polityka prywatności