Gdyby jakieś 10 lat temu, ktoś zapytał mnie, czy chcę mieć dzieci, odpowiedziałabym – oczywiście, że chcę, ale to jest niemożliwe.

 

Myśl o tym, że mogłabym mieć dzieci, była dla mnie czystą abstrakcją. No, bo jak? Ja? Mam sprawną jedną rękę i problem nawet z wejściem po schodach, a co dopiero z opieką nad dziećmi. Nie dam rady! Zresztą, przecież nigdy nie znajdę faceta, który mnie taką zaakceptuje, więc o czym ja w ogóle rozmyślam.

Przez spory kawałek mojego życia, snułam bardzo czarny scenariusz mojej przyszłości. Zawsze czułam się inna i tak też zazwyczaj byłam traktowana. Nie potrafiłam z tym walczyć. Byłam cholernie wycofaną i nieśmiałą osobą, co ani trochę nie ułatwiało mi relacji z ludźmi, którzy z niewiedzy i strachu, woleli trzymać mnie na dystans. Swoją postawą, często tylko utwierdzałam ich w przekonaniu, że do mnie lepiej się nie zbliżać. Czasem miałam ochotę wykrzyczeć : „Dlaczego patrzysz na mnie z politowaniem?”, „Dlaczego mówisz do mnie jak do dziecka?”, „Dlaczego nie możesz traktować mnie normalnie?”, „Jestem normalnym człowiekiem!”. Niestety, zamiast tego zawsze uśmiechałam się i odchodziłam. Nie miałam zbyt wielu przyjaciół, jak więc miałam wierzyć, że kiedyś, jakiemuś osobnikowi płci przeciwnej nie będzie przeszkadzała moja niepełnosprawność?

Jednak życie bywa czasem bardzo przewrotne i zaskakujące. 

 

W liceum odczuwałam dramatyczną wręcz potrzebę czyjejś akceptacji. Używam słowa – dramatyczną, ponieważ zaczynałam nienawidzić samej siebie. Znałam hasła : „zacznij zmiany od siebie”, „pokochaj siebie, aby inni cię pokochali”, itp. Ale nie potrafiłam. Potrzebowałam wiedzieć, że istnieje ktoś, kto mnie zaakceptuje taką jaka jestem. Byłam w stanie zrobić wtedy wiele. Zrobiłam mnóstwo głupot, wpakowałam się w kilka „chorych” relacji. Facetów głównie poznawałam przez Internet, bo tylko tam, gdy nikt na mnie nie patrzył, mogłam być w pełni sobą. Ale i tak, przeważnie, gdy dowiadywali się, że jestem niepełnosprawna – byłam skreślona. Inaczej było z moim mężem 

 

Poznałam go także przez Internet, w momencie, gdy w sumie zaczęłam się już poddawać. Było mi wszystko jedno czy go spłoszę czy nie, więc stosunkowo szybko napisałam mu o swojej sytuacji. Twierdził, że to żaden problem. I naprawdę nie kłamał 

Mój mąż jest jedną z bardzo niewielu osób, która wręcz nie zauważa mojej niepełnosprawności. Pokazywał mi to od pierwszego spotkania. Bywały momenty, że miałam ochotę powiedzieć: „Hej jestem niepełnosprawna, nie widzisz tego??” Często to ja musiałam prosić go o pomoc w czymś, czy też o zwolnienie tempa, gdy gdzieś szliśmy, a ja z językiem na brodzie, ledwo przebierałam nogami. (Do tej pory tak jest  ) On po prostu często, w ogóle o tym nie myśli. To była dla mnie zupełna nowość, bo do tej pory byłam zasypywana pytaniami, czy mi w czymś pomóc, czy dam radę itp. Od niego chyba nigdy tego nie usłyszałam. (No może odkąd mamy dwa urwisy, czasem mu się zdarzy samemu zaoferować pomoc  )

Dzięki mojemu Mężczyźnie (a podliżę się trochę, niech mu będzie  ) uwierzyłam, że mogę wiele. Pokazał mi, że nie mogę cały czas patrzeć na życie przez pryzmat mojej niepełnosprawności. Szczerze, to do tej pory czasem niedowierzam, w to jak wygląda moje życie i jakim cudem poznałam kogoś tak niezwykłego jak on. (tylko ciiiiiii, nie mówcie mu, bo jeszcze obrośnie w piórka  )

Gdy udało mi się uwierzyć, że nasz związek to coś poważniejszego, wiedziałam, że prędzej czy później pojawi się temat dzieci, chociaż zdawałam się kompletnie o tym nie myśleć.

 

Do dziś pamiętam dokładnie ten moment. Byliśmy wtedy już kilka lat razem. Pojechaliśmy na weekend, nad morze. Jednego dnia, siedząc w knajpce moją uwagę przykuła kilkuletnia, przesłodka dziewczynka jedząca razem z mamą obiad. Zapatrzyłam się na ten obrazek na dłuższą chwilę. Z zadumy wyrwał mnie mój ówczesny narzeczony, mówiąc mniej więcej tak: „Ty też kiedyś będziesz taką miała”. Nie mogłam już uciec od tego tematu. Rozpłakałam się, mówiąc, że to przecież nierealne, nie poradzę sobie. Chwycił mnie za rękę i swoim spokojnym głosem zaczął tłumaczyć, że według niego doskonale sobie poradzę i będę wspaniałą matką. Nie uwierzyłam mu wtedy, ale gdzieś tam w głębi – dopuściłam do siebie tą ewentualność.

 

Dziś jestem pełnoetatową mamą dwójki kochanych szkrabów. Syn ma 5 lat, a córka pół roku. Obie ciąże były w pełni chciane i planowane. Większość czasu jestem z dziećmi sama i radzę sobie od początku prawie ze wszystkim. Ale nie zawsze byłam taki chojrak jak teraz 

Pomimo wielu rozmów na temat dzieci, ostateczna decyzja o pierwszej ciąży była podjęta dość spontanicznie. Miałam jednak cichą nadzieję, że szybko nam się nie uda. Jednak los to czasem złośliwa gadzina i pierwszy test ciążowy robiony po podjęciu decyzji o staraniu, pokazał nam wynik pozytywny. Zrobiłam ich jeszcze kilka, bo długo wmawiałam sobie, że ta druga kreska, to jest zbyt jasna  Ale z każdym kolejnym testem, była coraz wyraźniejsza.

Większość osób z naszego otoczenia bardzo ucieszyła ta wiadomość. Niestety moją rodzinę sparaliżował strach. Górę wzięły obawy jak sobie poradzimy. A ponieważ zawsze byłam zawzięta i uparta do bólu – postanowiłam, że ja im wszystkim pokażę.  Możliwe, że dzięki temu, na dłuższą chwilę odłożyłam swój strach na bok. Dopadł mnie on dopiero po porodzie, ale na szczęście towarzyszył mi krótko. 

 

Do wszystkiego dochodziłam sama. (oczywiście z niezastąpionym wsparciem i pomocą mojego męża) Może nie wszystko mogę zrobić tak jak inne matki, ale to nie znaczy, że nie mogę tego w ogóle zrobić. Nie mogłam nosić syna na rękach, ale mogłam go przytulać siedząc lub leżąc. A z pomocą zwykłego dziecięcego wózka mogłam go przetransportować wszędzie tam, gdzie potrzebowałam. Wszystko było kwestią wypracowania pewnych schematów działania. Dopasowania ich do moich fizycznych możliwości.

Swoją drogą, zdziwilibyście się na jak wiele pomysłów można wpaść, aby tylko sobie poradzić, jeśli coś stoi na przeszkodzie. Trzeba tylko ruszyć głową  Jak to się mówi -potrzeba matką wynalazków!

 

Mój syn od początku był niesamowitym dzieckiem. Bardzo ułatwiał mi początki macierzyństwa. Praktycznie w ogóle nie płakał. Pierwsze tygodnie dosłownie tylko jadł i spał. Bardzo rzadko budził się w nocy, a jak skończył pół roku to zaczął przesypiać całą noc. Wiem, że byłam szczęściarą, zwłaszcza teraz mając drugą (nie)śpiącą królewnę. 

Już po paru miesiącach zaczął wykazywać zamiłowanie do samodzielności (zostało mu to po dziś dzień), co było i jest niezwykle pomocne. Poza tym był spokojnym dzieckiem, nic nie robił „na hurra”. (Z zaznaczeniem na „był”  ) Każde jego nowe osiągnięcie było starannie wypracowane. Nie eksperymentował, nie chodził po meblach, rzadko robił rzeczy wymagające podjęcia dużego ryzyka. Gdy zaczął raczkować, nauczyłam go, aby sam wchodził do swojego łóżeczka. Wyjmowałam szczebelki, wrzucałam na przynętę smoczek i on się tam wdrapywał. Gdy zaczął chodzić, sam gramolił się do spacerówki i jechaliśmy na spacer. I tak było z większością czynności. Wszystko razem dopracowywaliśmy metodą prób i błędów. Naprawdę – da się 

Z decyzją o drugim dziecku dość długo zwlekaliśmy. Wiedziałam, że syn musi już być na tyle duży, abym nie musiała cały czas pilnować jednego i drugiego. Lecz także nie chciałam zbyt dużej różnicy wieku między nimi.

Długo nie byliśmy z mężem pewni, czy to w ogóle dobry pomysł, aby mieć dwójkę dzieci. Po wielu rozmowach, analizowaniu argumentów za i przeciw, a także ogromnemu poparciu przyjaciół -zapadła decyzja – teraz lub wcale. No i znów nasz los zatarł rączki i bach -po miesiącu byłam w ciąży. 

Urodziłam cudowną, wymarzoną córeczkę. Jest zupełnie inna niż syn, więc drżę na myśl, co ten kochany szogun wymyśli następnego dnia, ale ani razu nie żałowałam decyzji. 

 

Nie ma rzeczy niemożliwych.

Są tylko takie, które wymagają więcej chęci, wiary i pracy 

 

Gdy niemożliwe, staje się możliwe

30 stycznia 2019

Ostatnie posty na blogu

WITAJ U ULI WUJCIÓW

BLOG

KONTAKT

FACEBOOK

POZNAJMY SIĘ

JAK POMAGAM

MENU
Copywright 2020 | Ula Wujciów
Designed by Loobinoo

Polityka prywatności